Dzień Wolności Podatkowej w 2011 roku 14 dni później

Na wczorajszej konferencji prasowej Centrum im. Adama Smitha poinformowało, że Dzień Wolności Podatkowej 2011 de facto wypadł 7 lipca, a nie 24 czerwca 2011, czyli aż o 14 dni poźniej, niż ogłoszono to rok temu, na podstawie ówczesnego rządowego planu wydatków.

Ta zmiana daty to konsekwencja informacji podanej przez Radę Ministrów w dniu 30 maja 2012 roku Rada Ministrów. Rada podała, że ostatecznie wydatki sektora finansów publicznych w 2011 roku wyniosły ponad 774 mld PLN i trzeba je powiększyć o transfery do OFE (ponad 15 mld złotych). Wydatki sektora finansów publicznych stanowiły zatem blisko 51% PKB w 2011 roku.

W tym roku natrafiliśmy na problemy ze sposobem prezentowania wszystkich wydatków publicznych.

Zbliża się Dzień Wolności Podatkowej 2012

W planach wydatków znajdują się np. takie wydatki jak Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej i Polskiego Klubu Wyścigów Konnych, natomiast nie ma Krajowego Funduszu Drogowego (ok. 23 mld PLN).

Mamy doczynienia z rozbieżności w sposobach liczenia wysokości zadłużenia. Wyliczenia Ministerstwa Finansów często różnią się od wyliczeń Komisji Europejskiej, przykładowo wysokość zadłużenia:

  • wg MF  815 327 mln PLN,
  • wg UE  858 967 mln PLN,  

Różnica wynosi prawie 44 mld PLN, czyli ok. 2,74% PKB
   
Dzień Wolności Podatkowej na przestrzeni ostatnich lat

Od 1994 roku, kiedy po raz pierwszy Centrum im. Adama Smitha wyliczyło dla Polski „Dzień Wolności Podatkowej”, niewiele zmieniło się w zakresie łącznych obciążeń podatkowych. Różnica między najwcześniejszą a najpóźniejszą datą wynosi jedynie 20 dni. Biorąc pod uwagę, że obywatele pracują ponad 170 dni na opłacenie wszystkich wydatków rządu, to różnica ciągle jest zbyt mała. Jedynie w trzech okresach od 1994 roku Polacy mogli się cieszyć ze zmniejszenia udziału wydatków publicznych w Produkcie Krajowym Brutto. Działo się tak w latach 1995-1998, 2002-2004 i 2006-2008.

Od roku 1997 Dzień Wolności Podatkowej wypada w okolicach 20 czerwca. Niewielkie reformy, takie jak obniżenie składki rentowej, czy też wprowadzenie dwóch stawek podatku dochodowego dla obywateli w wysokości 18 proc. i 32 proc., nie przyniosły zauważalnych i pożądanych efektów. Zmniejszenie obciążenia podatkowego obywateli w jednym obszarze jest zwykle „wyrównywane” przez podniesienie opodatkowania w innych obszarach oraz dołożenie nowych wymagań wobec podatników, jak np. rozszerzanie obowiązku posiadania kas fiskalnych czy wprost - podniesienie opodatkowania.

Od trzech lat obserwujemy dynamiczny wzrost faktycznego opodatkowania obywateli (po ok. 100 mld zł rocznie), przede wszystkim poprzez zwiększanie zadłużenia zaciąganego przez rząd. Istotnym elementem wydatków publicznych jest obsługa zadłużenia publicznego. W związku z zadłużeniem rządu ponosimy rocznie koszt w wysokości ok. 38 mld PLN, a więc każdy obywatel pracuje prawie jedenaście dni rocznie na obsługę długów, które będą musiały zapłacić jego dzieci.


Propozycja zmiany systemu podatkowego

Polska nie posiada zbyt wiele kapitału. Jej bogactwem są za to zasoby pracy i przedsiębiorczości – większe niż gdziekolwiek indziej w Europie. Praca zaś jest w wielu przypadkach jedynym czynnikiem, do którego odwołać się może przedsiębiorca. Jeśli przyjrzeć się strukturze dochodów publicznych – a będziemy tu rozpatrywać wszystkie rodzaje danin, bez względu na ich formalną definicję – a więc jeśli przyjrzeć się tej strukturze, nie sposób nie zauważyć, że 30 procent wpływów (blisko trzecia część!) pochodzi z bezpośredniego opodatkowania pracy podatkiem PIT i pozapodatkowymi obciążeniami płac (ZUS, FP, FGŚP, PFRON itp.). W odniesieniu do płacy netto łączne obciążenia sięgają 90 procent. Praca jest przedmiotem podatkowej dyskryminacji, jest traktowana jak najgorszy towar akcyzowy – jak tytoń czy alkohol. Ofiarą tej sytuacji padają przede wszystkim te przedsiębiorstwa, w których podstawowym czynnikiem produkcji jest praca. Są to w naszym przypadku przeważnie firmy małe. Te firmy, które w pierwszej połowie tamtej dekady utworzyły w Polsce kilka milionów miejsc pracy. I które dzisiaj miejsca te tracą.

Trzeba koniecznie zmniejszyć obciążenia pracy – przynajmniej o połowę. Byłby to poziom bliski punktowi wyjścia w roku 1990. Ale oznacza to przecież kilkunastoprocentowy uszczerbek w dochodach publicznych; uszczerbek, który trzeba w jakiś sposób skompensować.

Tak oto dobrnęliśmy do kwestii postawionej w tytule: jakie podatki powinniśmy płacić? Postulat znaczącego obniżenia kosztów pracy pociąga bowiem za sobą konieczność przebudowy całego systemu dochodów publicznych. Rozpocząć to dzieło musi ocena poszczególnych danin, zakończyć – zaprojektowanie systemu alternatywnego. Trzeba w tym miejscu powtórzyć za mądrym Janem Baptystą Sayem: nie ma dobrych podatków, są tylko mniej złe. Co do mnie, rozszerzyłbym ten podział o podatki okrutne i głupie. Horrendalnie wysokie podatki i składki obciążające pracę to daniny okrutne, ponieważ odbierają ludziom pracę i skazują ich na upokarzający status klienta opieki społecznej. Podatek głupi to ten, który każe właścicielom samochodów osobowych montować w autach żelazne kraty – tak, jakby mieli w nich na co dzień przewozić dzikie zwierzęta, chociaż, dalibóg!, nigdy nie przewiozą choćby kota. Głupi podatek to podatek od dochodów firm, czyniący cnotę z poniesionych kosztów; podatek, który sprawia, że upragnionym wynikiem bilansu firmy jest strata. Podatek niemądry to podatek VAT nakładany na małe firmy; podatek bardzo trudny i kosztowny; podatek tym się charakteryzujący, że każde jego rozszerzenie podmiotowe wiąże się z ubytkiem w dochodach fiskalnych. Zmiana systemu musi być podporządkowana postulatowi zmniejszenia obciążeń nakładanych na pracę, uproszczenia podatków płaconych przez firmy najmniejsze i likwidacji podatków jaskrawo szkodliwych. Likwidacja podatku od dochodów firm czy ograniczenie zakresu podmiotowego VAT do większych przedsiębiorstw nie przyniosłaby istotniejszego uszczerbku w dochodach fiskalnych, zaowocowałaby za to z pewnością racjonalniejszym wykorzystaniem ograniczonych zasobów. Inaczej ma się sprawa z postulatem silnego zmniejszenia kosztów pracy. Ich obniżenie o połowę wymagałoby wypełnienia uszczerbku w dochodach nałożeniem nowych podatków – „mniej złych”. Mógłby to być np. podatek od obrotów firm wysokości 1 – 2 punktów procentowych czy podatek od wartości ich majątku, również jedno- czy dwuprocentowy.

Zrozumiałe, że zmiany tu postulowane, zmiany idące tak daleko, w niektórych przypadkach nie znające precedensów, byłyby bardzo trudne do przeprowadzenia. Są konieczne, ale czy są możliwe? Odpowiedzi nie sposób udzielić. Trzeba się liczyć z oporem grup interesu, ale i z oporem materii wynikającym z obawy przed jakąkolwiek zmianąi. Pewne jest jednak, że projekt polityczny musi być poprzedzony koncepcją intelektualną. Jej przygotowaniu stanąć może na przeszkodzie wyłącznie brak odwagi lub niedostatek samodzielności w myśleniu.

Krzysztof Dzierżawski
Centrum im. Adama Smitha